poniedziałek, 6 października 2008

Hampi Hampi, very nice

No i znow pociag. Tym razem szybka przejazdzka, tylko 17 godzin. No i potem 6 autobusem. I godzine tuk tukiem. Super bylo! Troche sie napatrzylem na prowincje Indii i moge smialo stwierdzic ze sklada sie ona glownie z ryzu. Pomiedzy ryzami mozna czasem wypatrzyc lokalesa pelniacego zaszczytna role Pilnujacego Plonu, czyli siedzacego w blocie po kolana i dlubiacego krzadylem w ziemi. Co oni wydlubuja nie wiem, ale na pewno cos cennego, bo widac, ze do pracy podchodza z wielkim zapalem.
To taka luzna dygresja.

W kazdym badz razie jestem w Hampi. "malownicza, skalista dolina pelna XIV wiecznych swiatyn, byla stolica jednego z wiekszych krolestw poludniowych Indii " to opis okolicy tak odbiegajacy od prawdy, ze mija sie z nia o trzykrotna dlugosc rownika po czym w wyniku dziwnego zbiegu okolicznosci zderza sie sam ze soba, eksplodujac w deszczu malych sloni .
Ciezko opisac to miejsce bez uzywania zwrotow typu "aaaaaaa", "laaaaaaa", "patrz!", "wooow" , "el sorprender" (to po hiszpansku, bo jezdze chwilowo z dwiema le espaniola chicas) itp. Generalnie to posrodku niczego, a blisko rzeczki, postawiono wielkie miasto wykute w skalach, dorzucono bardzo duzo bardzo wielkich swiatyn i ogolnie sprawiono, ze miejsce to wymyka sie standardowym sposobom przedstawiania przestrzeni przy pomocy 24 znakow alfabetu, wiec nie bede dalej sie meczyl tylko wrzuce pare zdjec, po czym pojde oddac rower, ktory mi tu sluzy za glowny srodek lokomocji.

AAAA (!) w Hampi jest jeszcze Mango Tree, tylko nie takie zwykle, przecietne mango tree do jakich kazdy jest przyzwyczajony. To wyjatkowe Mango Tree to lokum, postawione dookola wielkiego drzewa (a takze czesciowo w), do ktorego przychodzi sie rano na szybkie sniadanie, po czym wychodzi poznym popoludniem, niezbyt wiedzac co sie stalo i dlaczego jest sie az tak najedzonym. Nastepnego dnia sie wraca.

centrum

Mereia vs vaca, lucha pasada

z okolicy

niezly wozek

slonio stajnie

palacyk jakis

pralnia

biznes mister, biznes

zabolew stwor lokalny


sobota, 4 października 2008

dr Bombay ziaaaa

Powitac!
Chcialem cos o Goa jeszcze napisac, ale nie starczylo czasu i pojechalismy do Bombaju. Z reszta - ile mozna pisac o palmach, morzu, falach i mojito za 4,20 zl (najdrozsza pozycja w menu). Zmeczeni dotychczasowym trybem zycia zapragnelismy nieco metropolii, a Aska to tak zapragnela, ze az wsiadla w samolot i poleciala do Polski. Szkoda bo znow jezdze sam.
Po mega szatanskim Delhi spodziewalem sie w Mumbaju totalnej 17 milionowej rozjebundy (to drugie co do wielkosci miasto swiata podobno), a tu prosze - pelna kultura. Anglicy widac trzymali okolice silna reka i miasto robi wrazenie mocno europejskie. Szyk, styl,klasa i McDonald, tylko gdzieniegdzie natretne hindyjczyki probuja do sklepow wciagac. Zamieszkalismy u DJ'a, ktory nie wiedzial nawet co to adapter, bo robi cale zycie w diamentach, a w czasie wolnym odpala swoje drugie mieszkanie dla turystow za free, organizuje tripy po miescie i ogolnie jest calkiem spoko kolezka jak na prawie 50latka.

Co do tripu po miescie - trasa jest jedna i raczej standardowa. Z rana wrzucic bagaze na Victoria Terminus, potem pod India Gate. Liczylismy, ze poszukiwacze talentow wezma 2 mlode, piekne i urzekajace osoby na plan jakiejs bollywodzkiej produkcji. Niestety strajk w wytworni pokrzyzowal nam plany i nie zagralismy w 34 filmach i 4 reklamach. Szkoda. Usadzilismy wiec nasze szanowne w stateczek i poplynelismy na Elefanta Island, na ktorej nie ma sloni, za to jest pelno malpiszonow i swiatynie wykute w skalach. Fajne,fajne.
Ciag dalszy dnia w tym zacnym miescie uplynal na intensywnych poszukiwaniach oslawionego Bombay burgera (Anthony Bourdain znow mial racje!), spodni (dluga historia), Chowpatty beach i dzielnicy, ktora wg hindusow jest srodkiem swiata, a dla mnie osobiscie to wygladala na koniec i byla middle high slumsem.
Wlasnie - slumsy. O ile Bombaj klasy A robi wrazenie, to przejazd przez ta czesc B, a takze C, D, i dalej to niezly wyczyn. Wlasne M0 zbudowane z folii, blachy i kartonu, z luksusowa toaleta na srodku ulicy. Niezly hardcore.


India Gate

Victoria Terminus



Wyspa slonia

sloni brak, ale i tak spoko.

Chowpatty beach z rana


i z popoludnia


srodek swiata


Mumbaj (ten lepszy)


Wlasne foliowe M0 (Mumbaj, ten gorszy)
Buty po tacie


Na koniec wrzucam ewidentnie Bombajski numer o taksowce w Kalkucie. Jechalismy z podobnym typem. Przy 40,000 taksowek w miescie mozna to uznac za skrajne nieprawdopodobienstwo. Enjoy!
http://www.youtube.com/watch?v=q6r1GrApjiM

czwartek, 2 października 2008

200% wakacji.

Czyli siedzimy na Goa. Fajne to Goa. Niewiele sie dzieje, aktywnosc zostala sprowadzona do prostych komend takich jak "jesc", "plywac", "opalac sie", "spac", "gin z tonikiem?". Krajobraz sprzyja takiemu trybowi zycia i oferuje jedynie palmy, piasek i morze (no i najtansze w calych Indiach drinki, choc nie wiem czy to zasluga geografi). Raz widzielismy rzeczke, ale nastepnego dnia jej nie bylo, bo byl przyplyw.
AAAA i sa jeszcze fale, a calkiem przypadkiem odkrylem kto posiada jedyna surf deske w okolicy i w towarzystwie hiszpanczykowo-australijskim staram sie zalapac o co w tym wszystkim chodzi i czemu wszyscy sie tym tak jaraja.


Palolem


szczyt bezguscia i zlego smaku

wczesne popoludnie

pozne popoludnie

kleszcze smierci

morskie maszkary

Cthulu, smazony

Goa backcountry

Znikam bo znow sie warun na deske pojawil.

ALOHA!

ps. Askaaaa pewnie zimno w Polsce co? :)

poniedziałek, 29 września 2008

43 ...

...godziny w pociagu to nie byle co. A tyle mniej wiecej zajmuje przemieszczenie sie z brzydkiego Delhi na ladne Goa. Jako klasyczny bialas, zaznajomiony jedynie z naszym rodzimym PKP i jego europejskimi odpowiednikami (no i turecka hardkor koleja) odpowiednio przygotowalem sie na wyprawe, zabierajac siate hambuksow z Maka, litry koli, kanapki i w ogole siaty cale dobr wszelakich. Mega blad - podrozujac hindyjczykowymi kolejami nie trzeba sie przejmowac niczym. Herbata donoszona jest co minute siedem sekund w godzinach od 6:15 do 23, lozko jest wygodne,wentylatory ciche, posilki w pelnej gamie wegetariansko-miesno-wspanialej serwowane sa niczym w luksusowych restauracjach, a w czasie wolnym na korytarzach przemieszcza sie szerokie spektrum indywiduow wszelkiej masci, od czolgajacych sie zamiataczy plecakow po dzieci robiace salta do przodu. No i do tego widoki - moznaby siedziec z nosem przyklejonym do szyby (gdyby tylko w pociagu byly szyby).

godzina 8

godzina 16

godzina 25

godzina 29

godzina 35


Wiecej chwilowo nie bedzie bo na Goa jest tak fajnie, ze nie chce sie tracic czasu w kafejach. Moja surf deska czeka. Aloha!

niedziela, 21 września 2008

Ide na plaze...


ALOHA!

Pure for Sure

A jak nie piuree to chociaz wielka piatka i lokalne piwko po powrocie. Dzieki za ratowanie tylka Sur!

No i sto lat i wszystkiego najlepszego, nieco spoznione, ale tu jest mega zacofany kraj i wszystko jest opoznione. Tak wiec smajla na papyrze, dobrej baby w wyrze, marmuru pod kolami i Zubra z ziomami! I sporo innych fajnych rzeczy, ktorych Ci inni zyczyli.

5!

India skate raport - vol 2.

AAAAAAAAAAAAAAAAAAA!!! Sa tu jednak skate lokalesi!

Ale straszliwie skamuflowani i dopiero po pieciu tygodniach trasy udalo sie odkryc jednego. Na trasie laczacej nic... z drugim nic, ktore lezy po prostu troche blizej miasta Manali rozebrzmial nagle jakze przyjemny dzwiek poliuretanowych kolek. Chwile potem zza zakretu wylonil sie pierwszy skate indyjczyk. Co prawda nie opanowal jeszcze prawie niczego poza smiganiem na kreche po himalajskich serpentynach, lecz i tak zyskuje z miejsca zaszczytny tytul pierwszego hindi czlowieka-rakiety. W ogole Sonam (bo tak tez sie nazywa) jest niezlym kozakiem - ma wlasnego slonia, ktorego musi wyprowadzac na spacer, ma hawire z widokiem na lodowiec i pole podejrzanych chwastow kolo domu. Ma tez mega zajawke i gdy przedstawilem mu taki niesamowity trik jak shov-it, zalapal go w jakies 14,5 minuty (o ollie mu nie wspominalem, bo gripu niestety deska nie miala).

himalajski czlowiek-strzala

i jego slon

kumple Semena to raczej leszcze



A w ogole to dalej niezle sie bawimy, sprawdzajac co kraj slynacy z Bollywoodu, curry i sloni z malymi uszami ma do zaoferowania w dziedzinie ciosania na kawalku kanadyjskiego klonu. Oto kolejne kilka rzeczy, ktore mozna zrobic, gdy calkiem przypadkiem ma sie deske w Indiach.

6) Mozna posmigac po trasach w okolicy Udaipuru, dac wywiad w lokalnej gazecie, pojawic sie w wiadomosciach i ogolnie zyskac niemaly fejm w miescie.





7) Trafic na brygade malych szatanow pedzacych ulica na street lodge.


8) Pozalegac w cieniu z lokalesami.


9) Wykreowac przecietnego boya hotelowego na super stylowego prosa, dzieki czemu moze on teraz swobodnie podbijac serca wszystkich niemek, hiszpanek, szwedek i wloszek po 40, przyjezdzajacych do jego hotelu. Lokalne pre-skatebicze tez wygladaly na zainteresowane.


10) Odkrecic trucki i sprobowac sandboardingu na wydmach przy granicy z Pakistanem (choc to w sumie nie bylo tak zabawne jakby sie moglo wydawac na poczatku)


11) Dac arabusom okazje do dobrej zabawy.


Chwilowo nie wiem co mozna robic dalej, bo od tygodnia monsun ostro sie daje we znaki, ale jak przestanie to sie cos wymysli.